Uzdrowienie z depresji

Moje życie
chyliło się ku końcowi, było przegrane, sięgnęłam dna: emocjonalnego,
psychicznego dna… czekałam na śmierć z utęsknieniem i z nadzieją, że wyzwoli
mnie z cierpień ziemskiego świata… miałam nawet przebłyski, że sama je sobie
odbiorę – i tylko przywoływane obrazy moich płaczących dzieci prowokowały mnie
do powstrzymywania się od tych pokus…

Nie chciałam
zostawiać rodziny w żałobie – ale nie chciałam też żyć! Liczyłam na to, że może
dojdzie do jakiegoś wypadku i razem przejdziemy na drugą stronę życia… to
było moje jedyne marzenie! Już nawet nie marzyłam o tym, że wyzdrowieję –
wydawało mi się to tak odległe, że aż niemożliwe – już dawno zapomniałam jak to
jest „cieszyć się” i „żyć”. Byłam pełna smutku, strachu i
katastroficznych wizji związanych z moją rodziną: mężem, dziećmi… Straciłam
energię, optymizm i chęć do robienia czegokolwiek… Byłam słaba – nie miałam
apetytu i mało jadłam. Wszelkie obowiązki domowe wykonywałam wybiórczo,
mechanicznie i z opóźnieniem – jak już nazbierało się tyle prania, że nie było
w czym chodzić to dopiero wtedy prałam… nie przeszkadzały mi natomiast kudły
na dywanie czy sterta ubrań do poskładania, nie miałam ochoty i siły żeby
odkurzyć dom, ugotować obiad, przypilnować lekcji… nie chciało mi się nawet
czytać książek czy oglądać telewizji… Niechętnie wychodziłam z domu, bałam
się prowadzić samochód… Życie wydawało mi się trudne, skomplikowane, nie do
ogarnięcia…

Najwięcej czasu
spędzałam w pozycji leżącej… mogłabym leżeć cały dzień i noc, a czas
przelatywał mi przez palce! To co dawało mi ukojenie to właśnie sen… Dzień
trwoniłam na wyczekiwaniu na wieczór… jak zbliżała się noc to czułam, że
powoli odchodzą mi natłoczone w głowie myśli, że mam szansę się zresetować i
nie myśleć o niczym. Ale bywały też noce, gdy nie mogłam zmrużyć oka i wówczas
kumulowały się we mnie „złe” myśli, wtedy cała trzęsłam się z przerażenia,
strachu i niemocy… a rano nie nadawałam się totalnie do niczego…

Moja rodzina
mogłaby się dawno rozpaść – gdyby nie pomoc i modlitwa moich najbliższych i
przyjaciół. Już minęły 4 lata z małymi przerwami kiedy to moja egzystencja
oznaczała jedynie „przebywanie” w domu, a nie była związana z jakimiś
kreatywnymi czynnościami, które budują relacje… Moi rodzice i mąż starali się
rozweselać mnie, puszczając jakieś pozytywne filmy, kabaretony, wesołą muzykę…
zabierali mnie na spacery, wycieczki itp. licząc, że uda im się chociaż na
jakiś czas zredukować we mnie ilość pesymistycznych myśli i zająć czymś
pożytecznym. Tata zaoferował mi pracę w swojej firmie, bo nie nadawałam się do
pracy w swoim zawodzie. Miał przeze mnie więcej zmartwień niż pożytku – bo
pracowałam maksymalnie 2 godziny dziennie po to, żeby później położyć się na
firmowej kanapie… – ale przynajmniej nie siedziałam sama w domu… Mąż
przejął znaczną część obowiązków związanych z robieniem zakupów, gotowaniem i
zajmowaniem się dziećmi w czasie kiedy ja byłam „niedysponowana”. Przy
córkach – w miarę możliwości – pomagały też obie mamy, tata i siostra… Na
pierwszy rzut oka funkcjonowaliśmy jak każda „zdrowa” rodzina… Jednak
tak nie było!!!

Depresja
to choroba, która wciąga, pochłania całą rodzinę, choć nie jest zaraźliwa – jak
ospa czy grypa… Dzieci nie pałają radością w otoczeniu mamy, która wciąż ma
minę na kwintę, płacze z byle powodu i leży całymi dniami w łóżku albo snuje
się po domu bezczynnie i bezsłownie. Widziałam niejednokrotnie jak ich radość
gaśnie w konfrontacji z moim nastrojem i zachowaniem. Pewnego razu moja starsza
córka zapytała mnie: „Mamo czy mogę napisać takie zdanie w zeszycie: Moja mama ciągle leży„… Poprosiłam ją,
by nie pisała tego zdania i rozpłakałam się… „Boże zabierz nas
do siebie!” – błagałam – „zanim będzie
jeszcze gorzej!”… nie wierzyłam,
że może być lepiej! Byłam bezsilna i miałam już tego dosyć… Nie pomagały mi
leki i pobyty w szpitalu… nie pomagał psychiatra i psycholog…

W listopadzie
2013 r. moja przyjaciółka Mariola namówiła mnie bym wybrała się na mszę
uzdrawiającą do parafii św. Wojciecha w Kielcach… Zmusiłam się do tego by
znaleźć się na tej mszy – bo już byłam na podobnych w innych parafiach i nie
doświadczyłam żadnej zmiany, wręcz miałam złe wspomnienia… Na listopadowej
mszy byłam bardzo słaba, myślałam, że nie dam rady wystać do końca a potem
wyklęczeć… jednak udało się, a czas zleciał błyskawicznie… jak spojrzałam
na zegarek – to ze zdziwieniem stwierdziłam, że minęło w sumie ponad trzy
godziny. Myślę, że czas tak tam szybko płynie dzięki księżom prowadzącym, ale
przede wszystkim dzięki świetnemu zespołowi muzycznemu, który umila całą mszę
pięknymi, wyszukanymi pieśniami… Pamiętam, że po tej mszy pojawiła się u mnie
chęć śpiewania pieśni religijnych i ogromna nadzieja na uzdrowienie…

W piątek 13
grudnia byłam na kolejnej mszy uzdrawiającej w Św. Wojciechu… i to był dla
mnie dzień przełomowy, dzień w którym moja wiara kipiała, a serce zaczęło
mocniej bić i radować się poprzez śpiew i modlitwę. Punkt kulminacyjny tej mszy
pojawił się w momencie, gdy ksiądz przechodził obok mnie z Monstrancją…
poczułam wtedy niesamowite ciepło przy obu uszach i nieprawdopodobną moc –
miałam wrażenie, że sam Jezus Chrystus dotyka mojego umysłu i oczyszcza go z
wszystkiego co przypałętało się tam niepotrzebnego. Poczułam wszechogarniającą
radość… to był najprawdziwszy cud. Chciało mi się tańczyć i skakać… Gdy
wróciłam do domu, który dotychczas był głównie moją noclegownią… spojrzałam
na łóżko w sypialni i zaraz cofnęłam się zamykając za sobą drzwi. Łóżko nie
przyciągało mnie już do siebie, wręcz przeciwnie, zaczęło mnie odpychać.
Wyściskałam dzieci, jakbym wróciła z dalekiej podróży i przeczytałam im
książeczkę na dobranoc. Rano obudziłam się jak nowo narodzona… Poinformowałam
moją rodzinę, że zostałam uzdrowiona i zaczęłam tworzyć listę zaległych rzeczy,
które czekały już zbyt długo na realizację. Poszłam do pracy i po raz pierwszy
pracowałam 4-5 godzin bez przerw. Bez problemu – co ciekawe – siadłam także za
kierownicą i odebrałam dzieci ze szkoły i przedszkola… Zabrałam się też za
porządki domowe… Nareszcie poczułam, że żyję, że jestem potrzebna! Nareszcie
przypomniałam sobie – co to szczęście!

Minęło kilka
tygodni i moje życie nabrało tempa i kolorów. Przestałam brać leki
antydepresyjne. Zaczęłam szukać pracy i reaktywować się na płaszczyźnie
osobistej i zawodowej. Nadal pracuję u taty w firmie, ale rozglądam się też za
inną pracą… W domu coraz częściej jestem aktywna i robię wiele rzeczy z
radością, a nie z przymusem… Nie pozbyłam się problemów, ale zaczęłam na nie
patrzeć jak na wyzwanie, a nie udrękę… Problemy są do rozwiązania i zwykle
przynoszą coś dobrego w następstwie zdarzeń, są potrzebne w jakimś konkretnym
celu, chociażby w takim, żeby cieszyć się później z tego wszystkiego co nas
spotyka, z drobnych rzeczy…. Zauważyłam, że moje dzieci rzadziej chorują i
coraz częściej się uśmiechają, ich życie także się zmieniło! – tak wielka jest
moc pozytywnego myślenia, tak wielka jest moc miłości, wiary i modlitwy…

Byłam jak motyl,
który z wielkim trudem przeciska się przez ciasny kokon by wreszcie otworzyć
swe skrzydła i polecieć… Gdyby ktoś przeciął ów kokon i oszczędził motylowi
cierpienia – byłby on wątły, słaby i nie potrafiłby latać… Często walka,
wysiłek i cierpienie to to czego nam w życiu potrzeba… Życie bez przeszkód i
wyzwań może uczynić z nas słabeuszy. Potrzebowałam bólu i słabości by odkryć to
co w życiu najpiękniejsze. Pokonanie przeżytego cierpienia dodało mi pewności
siebie, siły, odwagi i wiary. Dziękuję Ci Boże
za te wszystkie lata depresji. Ta choroba – wbrew
pozorom – nauczyła mnie wiele dobrego, ale przede wszystkim poprawiła moje
relacje z rodzicami i najbliższą rodziną. Dziś jesteśmy dla siebie bardziej
życzliwi, otwarci i silniej ze sobą związani… pomagamy sobie wzajemnie bez
szukania wymówek… staramy się nie oceniać i postępować jak prawdziwa,
kochająca się rodzina… Czasami żeby dostrzec zwyczajne szczęście dnia
codziennego trzeba je stracić!

Dziękuję
Ci Boże, że nie wysłuchałeś mojej prośby i nie zabrałeś mnie przedwcześnie do
siebie! Ty wiesz najlepiej kiedy przyjdzie na mnie pora… Teraz wiem, że
jestem jeszcze potrzebna całej mojej rodzinie, mam jeszcze wiele rzeczy do
zrobienia! Boże daj mi tu zostać jak najdłużej…

Dziękuję parafii
Św. Wojciecha w Kielcach za piękną inicjatywę i możliwość uczestnictwa w mszach
uzdrawiających… Dziękuję Ci Boże za Twoją miłość i mądrość… Dziękuję Ci
Jezu Chryste, że mogłam doświadczyć Twojej obecności!

Karolina R.