Uwolnienie od nadużywania alkoholu, narkotyków oraz od prób samobójczych

Jaka byłam? Jaka jestem? Czy to chwila
czyni człowieka? Zaczynam wątpić w rozum ludzki. Rozum bez uczuć jest nic nie
wart. Gdy z ciekawością dziecka odbierałam świat sercem, widziałam dobro,
chłonęłam piękno przyrody, karmiłam się ufnością w drugiego człowieka. To nie
znaczy, że nie widziałam zła. Owszem… Niejednokrotnie sama byłam jego
sprawczynią, ale żywe sumienie nie pozwalało przejść z nim do porządku
dziennego.

I co się stało?

Tak wygórowane ideały, a tak szybko się
w popiół obróciły….

Gdy miałam 15 lat: – serce mówi: „to
jest złe” – rozum na to: „to jest twoje życie, co szkodzi spróbować, niech nikt
nie narzuca ci swojej woli”. I spróbowałam…

Wciągnęłam się bardzo szybko. Od
początku piłam, żeby się upić.. Mało.. Na zlocie hippisów zaczęłam palić i
ćpać. II klasa liceum – bardzo szybkie staczanie się. Narkotyki, proste wina w
parku, poszukiwanie jakiś chorych ideologii, zabawa w okultyzm, imprezy na
cmentarzu…

Sumienie zagłuszane używkami, głupim
tłumaczeniem, że inni też… Moim bogiem stał się Jimi Morrison. Chciałam tak jak
on zaćpać się w wieku 27 lat. Ale sumienie nie chciało umrzeć i czasem jego
krzyk był nie do zniesienia. Zaczęłam się bardzo bać, zatraciłam sens, zaczęłam
gardzić sobą. Czułam w sercu przeogromną potrzebę Boga, ale zatraciłam wiarę w
jego nieograniczone miłosierdzie… Zaczęłam czerpać dziką satysfakcję z
samookaleczenia się. Im bardziej czułam się wyniszczona, tym większa była
radość, że to niedługo się skończy.

Ale to trwało!!!

Wielki Piątek – pijana… Wielka Sobota –
pijana… Niedziela Wielkanocna – pierwsza próba samobójstwa – odratowali… Po
wyjściu ze szpitala już nic nie czułam. Mama na siłę wysłała mnie do Medjugore.
Wróciłam z nadzieją i nową siłą, ale nie zrobiłam nic, by to pielęgnować, tylko
chwila po chwili, dzień po dniu dałam to sobie odebrać. Niedługo potem obóz
Salezjański, ale tam nawet nie próbowałam otworzyć swojego serca i umysłu na
Boga. Zbyt zajęta byłam kombinowaniem, co zrobić, by wypić i aby mnie nie
złapano. III klasa liceum – kolejna próba samobójstwa – ale życie uparło się na
mnie. Podjęłam terapię od narkotyków – jednak szybko zrezygnowałam, gdyż
poczułam się od nich „wolna” – leki psychotropowe z alkoholem dawały podobny
efekt, a były łatwiej dostępne.

Cudem skończyłam liceum i dostałam się
na studia.  Nauczyłam się funkcjonować pod wpływem alkoholu i
sprawiać wrażenie normalności. Zerwałam kontakty z osobami, które nie wyznawały
mojej ideologii „dobrej zabawy”.

W trakcie tego kilkuletniego ciągu
wyszłam za mąż, urodziłam dziecko… i nadal piłam. Pijaństwo, przemoc, strach,
nienawiść, rozpacz i przeogromna pustka – to wszystko co wypełniało moje życie.

W Wigilię rodziny łamią się opłatkiem,
składają sobie życzenia, jest to czas miłości i pokoju – a ja z małym dzieckiem
w wózku tułałam się po pustych, ciemnych ulicach, nie widząc sensu, nie czując,
szukając okruchów Nadziei… Już nawet nie miałam siły dłużej manipulować i
uciekać. Zgłosiłam się na terapię, po której 11 miesięcy byłam trzeźwa.
Rzuciłam się w wir pracy, ale nie uczyniłam nic, by odbudować więź z Bogiem. Po
tym czasie coś szepnęło: „dziś możesz się napić – kilka piw nie zaszkodzi…” –
zaszkodziło!!! Piłam tydzień. Skończyło się detoksem w Morawicy. Gdy doszłam do
siebie – kolejny ciąg, który trwał 3 miesiące. Znajomi z AA zabrali mnie do
Lichenia, potem pielgrzymka. W kościele nie czułam nic, nie potrafiłam się
modlić, ale zmuszałam się, bo bardzo bałam się kolejnego upadku. Zrobiłam
pierwszy krok, a reszta już nie zależała ode mnie… Po miesiącu przymuszania się
do codziennego uczestnictwa we Mszy Świętej coś się stało niezwykłego. Bóg mnie
odnalazł. Spłynęła na mnie łaska miłości i przebaczenia. Spotkałam Boga żywego
i to odmieniło moje życie i życie moich bliskich. Odtąd codzienna Eucharystia,
Komunia Święta, częsta spowiedź, modlitwa do Ducha Świętego, systematyczne
uczestnictwo w Mszach Świętych z modlitwą o uzdrowienie pozwalają mi trwać w
trzeźwości już kilka lat. Wiem, że zło jest przebiegłe i tylko czai się jak
„lew ryczący”, by znów mnie wciągnąć w swą otchłań. Ale teraz trzymam Boga
mocno za rękę. I choć nieraz zdarzają się trudne chwile i ogarniają mnie
wątpliwości to wiem, że Bóg jest. Teraz czuję to miłosierdzie i ufność Jemu.
Czuję, że każdy dzień mojej trzeźwości jest darem i za ten dar mojego życia –
życia z Bogiem i w Bogu – DZIĘKUJĘ !!!

I Mateńce Najłaskawszej za to
spojrzenie, za to, że kocha mnie, mimo że tyle razy swymi grzechami krzyżowałam
Jej Syna. Za Jej opiekę i Matczyną troskę. Za to, że czuwa nad moją córeczką.
Pamiętam jak nosząc ją w swoim łonie, a czując jedynie bezkresną rozpacz, przez
łzy błagałam:

„Mateńko, bądź Matką mojego dziecka.
Tobie ją ofiaruję. Zabierz mnie, a jej daj zdrowie…

Bo ja nie mam siły… Bo ja nie widzę
celu… Bo się zagubiłam… A to niewinne dziecko już dość się nacierpiało. Bądź
jej Matką Cudowna Pani, bo ja nie potrafię wyrwać się z objęć grzechu…”

Ale to było! Bóg jest nieskończenie
miłosierny i daje mi kolejną szansę, by być człowiekiem.

Bóg nadaje nowe imię – tak i ja chcę przyjąć
nowe imię – „NADZIEJA”

NADZIEJA na dobre dziś…

NADZIEJA na dobre jutro…

NADZIEJA, która tworzy…

NADZIEJA niosąca dobro…

NADZIEJA miłująca prawdę…

NADZIEJA źródło wzrastania…

NADZIEJA siła do działania…

NADZIEJA  wyciągniętej dłoni…

NADZIEJA otwartego serca…

NADZIEJA świętości…

NADZIEJA pokoju…

NADZIEJA godności ludzkiej…

NADZIEJA wiary i miłości…

NADZIEJA poznania Boga…

NADZIEJA zawierzenia Stwórcy…

NADZIEJA trzeźwości!

Jan Paweł II powiedział do młodzieży:

„Wszyscy jesteśmy zdolni do wielkich
rzeczy, jeśli nie pozwolimy, by pokonał nas strach przed własną słabością”

Boże użycz mi Pogody Ducha,

abym godziła się z tym czego nie mogę
zmienić,

odwagi, abym zmieniała to co mogę
zmienić

i mądrości, abym odróżniała jedno od
drugiego.

Proszę o modlitwę, błagam o wybaczenie

i dziękuję za wszystkie łaski, które
otrzymałam, a których nie jestem godna…
„Nadzieja”