Cud życia

Szczęść Boże,

Duchu Święty prowadź, aby
świadectwo to było na Chwalę Bożą.

Po raz pierwszy na Mszy Świętej o
uzdrowienie i uwolnienie byłam 18 października 2013 r. – dokładnie pamiętam tą
datę, bo w tym dniu miała operację moja mama. To była trudna operacja mózgu  
i przebiegła pomyślnie. Na Mszy Świętej była we mnie ogromna radość i całą sobą
uwielbiałam Boga. Potem nie opuszczałam Mszy i byłam co miesiąc, by na nowo
napełniać się Bożą radością i siłą do życia  
w tej radości mimo przeciwności dnia codziennego, a ich nigdy nie brakuje.
Nadszedł jednak czas kiedy choroba mamy odezwała się na dobre i byłam potrzebna
jej  w domu. Wtedy też miałam długą
przerwę w uczestnictwie we Mszy, by powrócić na nią w listopadzie 2015 r. i
doświadczyć cudu.

Zacznę od początku – jakieś 3 tygodnie
przez Msza Święta okazało się, że jestem w ciąży. Dotychczas błam trzy razy w ciąży
i mam dwójkę wspaniałych dzieci tu na ziemi i jedną małą kruszynkę, która się
nie narodziła – w niebie. Każda poprzednia ciąża to ogromna radość. Tym razem
jednak było inaczej.
W moim sercu zagościł lęk i przerażenie. W głowie kotłowały się dziesiątki
myśli –  jak my sobie damy radę,  przecież nie jestem już młoda, czy starczy nam
sil i zdrowia, czy podołamy finansowo.  Lęk był tak ogromny, że nie mogłam spać i jeść,
a zły wciąż podsuwał kolejne argumenty, które pogrążały mnie
w obawach.  Żadne słowa pocieszenia męża
i przyjaciół nie uspokajały mnie.  Po
tygodniu zaczęły się komplikacje.  Poszłam
więc do lekarza, który stwierdził ciążę, ale za wiele nie mógł o niej
powiedzieć- raczej tyle, że wygląda to dziwnie. Pomyślałam,  że przebieg ciąży, diagnozy i komplikacje są
tak podobne do mojej pierwszej ciąży, że raczej nie uda się jej utrzymać.

Mimo leków znowu zaczęło się
pogarszać – bóle brzucha i inne dolegliwości. Na dzień przed Mszą Św. była  kolejna wizyta  u innego lekarza. Był to już koniec 6
tygodnia. Na obrazie USG było widoczny maleńki zarodek- jego wielkość
potwierdzała wiek ciąży, a nawet wskazywała, że była nieco większa. Niestety
serduszka dzieciątka jeszcze nie biło, a powinno. Lekarz raczej nie dawał
szans, nie wyznaczył kolejnej wizyty za miesiąc, co jest typowe w ciąży, a
jedynie zlecił kontrolne USG w szpitalu za 5 dni.

Następnego dnia (piątek) czułam
się bardzo źle. Nawet mąż  stwierdził, że
może nie powinnam iść na Mszę jeśli tak kiepsko się czuję. Pomyślałam jednak ,
że tym bardziej powinnam. Bardzo potrzebowałam modlitwy o uzdrowienie fizyczne
i duchowe. Zebrałam w sobie siły i poszłam.

Temat przewodni był o odnowieniu serca w kontekście
sakramentu pokuty i pojednania . Co rusz padały słowa o sercu, pieśni  ze słowami  „niech na nowo zabije we mnie serce…” . Ja
myślałam tylko o małym serduszku mojego dziecka. Łzy ciekły po policzkach. Na
koniec indywidualna modlitwa wstawiennicza. Ten kto był na Mszy w tym dniu wie,
że wiele się działo, o czym też pisał Ksiądz Marcin Boroń w swoim świadectwie.

Podeszłam na modlitwę do księdza Pawła. Wyznałam mu,  że jestem we wczesnej ciąży,  zagrożonej,
 a serce dziecka nie bije. Modlił się
nade mną – w połowie modlitwy,  jakby się
ucieszył, radość było słychać w głosie , a kiedy zakończył  pobłogosławił  mnie  i powiedział
słowa, które ciągle brzmią w moich uszach – „jest za co dziękować „. Wtedy wiedziałam już, że podczas tej
modlitwy serce dzieciątka zabiło. Odeszłam na bok i długo szlochałam jak małe
dziecko dziękując Bogu.

Wróciłam do domu z sercem
przepełnionym pokojem i radością. Na drugi dzień czułam się zupełnie  inaczej – bóle brzucha ustąpiły, a pokój w
sercu był tak wielki i tak Boży, że niepojęty dla umysłu.  We wtorek kontrolne USG w szpitalu
potwierdziło, że serduszko bije.

Proszę wszystkich o modlitwę, aby
ciąża do końca przebiegła pomyślenie,  za
dzieciątko, aby urodziło się zdrowe,  za
mnie i całą moją rodzinę, za którą z całego serca dziękuję Bogu.

Chwała Panu.