Uzdrowienie wewnętrzne

Szczęść Boże!

Pierwszy raz na Mszę z modlitwą o
uzdrowienie i uwolnienie przyszłam na początku br. Wcześniej dużo modliłam się
na różańcu, także Nowenną Pompejańską. Maryja dała mi siłę, pomogła rozwiązać
pewne sprawy, przede wszystkim wskazała drogę i wierzę, że dzięki Jej
wstawiennictwu znalazłam się na tych Mszach.

Moją intencją było wyproszenie
potrzebnych łask dla mojej rodziny oraz dla mnie samej, szczególnie o
uzdrowienie wewnętrzne, w sferze psychicznej i emocjonalnej, łaskę nawrócenia
dla nas wszystkich oraz pomoc w życiu codziennym, błogosławieństwo Boże w
sprawach osobistych i zawodowych, zdrowie fizyczne, łaska przebaczenia oraz
wszystko czego nam potrzeba najbardziej, a o czym Pan Bóg wie najlepiej.
Prosiłam Ducha Św., aby działał, tak jak On uważa za słuszne, oddając się Mu
całkowicie, również wzywałam wstawiennictwa Maryi.

Na pierwszej Mszy doznałam zaśnięcia w
Duchu Św., czego skutkiem było uzdrowienie wewnętrzne, emocjonalne, nawrócenie,
o które prosiłam. Duch Św. „pokazał”, jak wielki jest Bóg, a jednocześnie
z jaką miłością i delikatnością traktuje mnie i każdego innego człowieka.
Uwolnił mnie z pewnego grzechu, który przerodził się w nałóg, wcześniej się
wyspowiadałam. Uwolnił nawet z używek, które oczywiście źle wpływają na
organizm, tym samym okazał swą troskę nawet w tak przyziemnych i małych
sprawach. Bóg pokazał, czym jest w Jego oczach grzech, jednak zrobił to z taką
delikatnością i miłością, bez oskarżeń, pokazał, że oczywiście obraża Go, ale
przede wszystkim to my sami cierpimy przez grzech i jego konsekwencje, jak
wiele tracimy. Zrozumiałam, że muszę unikać grzechu, na ile to możliwe, Pan Bóg
dał mi do tego siłę.

Po tym doświadczeniu działania Ducha Św.
poczułam się jak nowo narodzona, obmyta, radosna, szczęśliwa, bardziej odważna,
otwarta na innych ludzi, życzliwa i serdeczna, uzyskałam ogromny spokój.
Świadoma swoich krzyży w życiu, teraz jednak silna do ich znoszenia ciągle
myślałam o Bogu, odczuwałam potrzebę mówienia o Nim innym ludziom. Szczególnie
o Jego wielkości, miłości i dobroci. Tak jest do dziś.

Na tym etapie Duch Św. pokazał mi wiarę
na płaszczyźnie bardziej rozumowej, nie zaś uczuciowej, czy emocjonalnej. Jak
napisałam wcześniej uleczył moje emocje, psychikę, ale również wskazał, jak
żyć, aby mój stan głównie psychiczny, a nawet, fizyczny na przyszłość był w
dobrej kondycji.

Duch Św. pokazał, że życie tu na ziemi
jest tylko pewnym etapem, bardzo krótkim, w stosunku do tego, co będzie po
śmierci. Z drugiej strony życie tu na ziemi jest darem i konieczne, abyśmy je
przeżyli właściwie. Świadomość tego wszystkiego dodała mi siły, zrozumiałam, że
te trudności, które przeżywam i może będę przeżywać w przyszłości, w
perspektywie życia wiecznego są maleńką chwilą. Ogromnie mnie to umocniło.
Ponadto Bóg pokazał, iż czyny w życiu człowieka są równie ważne, co modlitwa,
szczególnie te wypływające z miłości, gdy pomagamy innym w ich problemach,
zmaganiach, gdy pozbywamy się swojego egoizmu. To zrozumienie zaowocowało
polepszeniem relacji z innymi ludźmi, szczególnie z członkami mojej rodziny,
porzuciłam swój egoizm, stałam się bardziej otwarta na potrzeby i sprawy
innych, szczególnie bliskich.

Zyskałam również jeszcze większy dar
modlitwy, pogłębiła się też moja relacja z Panem Bogiem. Ponadto zyskałam
ogromną chęć czytania Pisma Św., które obecnie jest dla mnie żywym słowem Boga
skierowanym do wszystkich ludzi, ale również do mnie osobiście. Zrozumiałam, że
w Piśmie Św. są wskazówki, co do naszego życia, a życie wg. wskazań Pisma Św.
jest naszym obowiązkiem jako chrześcijan, o czym ja wcześniej niestety często
zapominałam.

Po kolejnej Mszy Pan Jezus uleczył mnie
ze starej sprawy, którą gdzieś głęboko schowałam, z wewnętrznych ran nią
spowodowanych, z poczucia winy, po kilku latach w końcu przebaczyłam sobie
samej. Natomiast w okresie Wielkiego Postu zrozumiałam, czym jest Krzyż,
poczułam też ogromną skruchę w sercu, żal za wszystkie moje grzechy m.in.
przez, które Pan Jezus wziął na siebie Krzyż, chęć wynagradzania za nie, chęć pokuty,
wdzięczność za ogromne poświęcenie dla nas.

Natomiast na następnej Mszy z modlitwą o
uzdrowienie, po słowach kapłana o miłości, o tym że Pan Jezus troszczy się o
nas, chce naszego dobra, chce nas obdarowywać, chce abyśmy żyli pełnią życia,
zrozumiałam, czym naprawdę są te słowa oraz że najbardziej w moim życiu brak
właśnie miłości. Po Komunii poprosiłam Pana Jezusa, aby szczególnie uleczył tę
sferę mojego życia, całkowicie mu ją oddałam….

W momencie, gdy ksiądz zbliżył się z
Najświętszym Sakramentem w stronę, gdzie klęczałam, pobłogosławił nas znakiem
krzyża, poczułam jakby mocne uderzenie siły, która mnie prawie powaliła na
ziemię, ale była to siła bardzo przyjemna, wręcz kojąca, uczucie gorąca. Pełna
miłości, zrozumiałam, że to Pan Jezus przyszedł do mnie w taki zaskakujący
sposób ze swą miłością. Pragnęłam, aby ta chwila trwała jak najdłużej, aby
kapłan nie odchodził z Najświętszym Sakramentem. W wielkim uniesieniu zaczęłam
jeszcze bardziej wielbić Boga pieśniami.

Po powrocie do domu czułam osobową,
wręcz fizyczną obecność Pana Jezusa przy mnie, jako Osobę, dla której jestem
najważniejsza, która mnie kocha bardziej, niż nawet moi bliscy, bo nasza miłość
jest tak ograniczona i taka mała w porównaniu z miłością jaką nam daje Pan
Jezus. Zrozumiałam, że tak właśnie Jezus kocha każdego człowieka, bez wyjątku,
jak małe dziecko, o które się troszczy w każdej sekundzie i w każdej sferze
jego życia, chce być w najmniejszej i najbardziej prozaicznej jego części.
Pragnie, aby też Go kochać, nie zapominać o Nim, Jezus jest Kimś żywym i chce,
aby Mu odpowiadać na Jego miłość, tak jak potrafimy.

Dzisiaj również czuję Jego obecność w
swoim życiu. Czasami oczywiście to odczucie słabnie, jednak modlę się o to, aby
Pan Jezus był przy mnie, zapraszam Go, aby mi towarzyszył, a gdy jest ciężko,
wiem, że jest obok, to daje ogromną siłę.

Miłością, którą otrzymałam od Jezusa
pragnę się dzielić z innymi, nawet stałam się bardziej wrażliwa na cierpienia,
problemy innych. Po  tym doświadczeniu
szczególnie bardziej adoruję Najświętszy Sakrament.

Niektóre łaski otrzymałam od razu, zaś
inne dopiero teraz spływają, np. sprawa, dotycząca mojej rodziny, „rozwiązała
się” dopiero teraz.

Dzisiaj codziennie uwielbiam Boga i
dziękuję Mu za otrzymane łaski  prosząc, aby nigdy nie pozwolił mnie
oraz moim bliskim stracić wiary, zawsze był przy nas i nas prowadził.

Dziękuję!

Chwała Panu!

Otwarcie serca na działanie Pana Jezusa

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!

Zmotywowana ostatnim świadectwem
postanowiłam również podzielić się z Wami moimi przeżyciami. Odczytując to
również jako mój obowiązek dzielenia się z innymi.

Od kilku miesięcy uczestniczę w tych
cudownych Spotkaniach podczas których, tak „namacalnie” można spotkać się
z Żywym Jezusem Chrystusem. Czuję, że od tego czasu, moje życie zaczęło się
zmieniać. Zawsze byłam blisko Boga, ale nie potrafiłam, nie umiałam otworzyć
swojego serca na działanie Pana Jezusa. Może też nie wiedziałam, że należy to
zrobić, bo skoro chodzę do Kościoła to oznacza, że żyję z Jezusem. Dopiero
dzięki tym Spotkaniom zrozumiałam, że należy Jezusa zaprosić do swojego serca,
otworzyć się na Jego działanie. Jest to coś pięknego, poczuć Jezusa w swoim
sercu, Jego bliskość. Teraz przyjęcie Komunii Świętej i Adoracja Jezusa
Chrystusa w Najświętszym Sakramencie jest dla mnie czymś wspaniałym. Wiem, że
Jezus jest obecny, mocne bicie serca mi o tym mówi.

Podczas jednej z Mszy Świętej w czasie
Adoracji Kapłan powiedział: „Panie Jezu, mocą mojego kapłaństwa posyłam
Cię do wiernych i proszę przytul ich…”. W tym momencie poczułam jak Pan
Jezus obejmuje mnie, poczułam Ciepło Jego Rąk. Przytulił mnie tak bardzo mocno,
czułam że moje serce przeszywa Ogień Miłości, której tak po ludzku nawet nie
jestem wstanie przyjąć. Pojawiła się ogromna radość w sercu i łzy wzruszenia.
Pan Jezus dał poczuć mi Jego bliskość i to jak bardzo mnie kocha. Chwała Ci za
to Panie. Dziękuję też Panu Bogu, że dzięki Jego Łasce jest mi dane poczuć Jego
działanie, przez spoczynek w Duchu Świętym, które napełnia moje serce błogim
spokojem.

Dziękuję Ci Panie Jezu za to, że jesteś
wśród nas! Bądź uwielbiony Panie Jezu Chryste nasz Zbawicielu! Chwała Tobie!

Dziękuję Panu Bogu za wszystkich
kapłanów, którzy posługują podczas tej Eucharystii, którzy pomagają nam
otworzyć się na działanie Pana Jezusa i przez których Pan Jezus działa.
Dziękuje też scholi, która śpiewem pomaga nam wznieść nasze serca i piękniej
przeżywać te spotkania.

Ostatnio usłyszałam, że Pan Jezus stoi u
drzwi naszych serc i puka, ale klamka do nich jest od wewnątrz. To od nas
zależy czy je otworzymy i zaprosimy Pana Jezusa do środka. Te spotkania są
najlepszym momentem, aby to uczynić.

Chwała Panu!!!

Uwolnienie od skutków grzechów młodości

Moje świadectwo niech będzie
dziękczynieniem Bogu za łaski i dary Ducha Św. jakimi obdarzył mnie na
spotkaniach w tej świątyni, które dane mi było przeżyć.

Po raz pierwszy wybierając się na Mszę
Św. o uzdrowienie i uwolnienie, nie szłam tak naprawdę w swojej intencji.
Chciałam wspomóc modlitwą osobę chorą, która bardzo tego potrzebowała. Ku
mojemu zaskoczeniu dotarły do mnie słowa Kapłana mówiące, że spotykamy się nie
tylko by uzdrowić ciało, ale i ducha, aby odsunąć od siebie wszystkie smutki,
ciężary codzienności, które nas przytłaczają i nie pozwalają cieszyć się z
tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Im dłużej Kapłan mówił, tym bardziej miałam
wrażenie, że to są słowa o moim życiu. Zawsze starałam się być blisko Pana Boga
i wydawało mi się, że pod tym względem wszystko jest poukładane. A tu kolejne
słowa, które coraz bardziej otwierają moje serce i moją duszę. Kapłan odniósł
się do grzechów młodości, dzieciństwa, do osób, które mogą w jakiś sposób
wpływać na to, iż oddalamy się od Boga. I nagle przed oczami stanął mi obraz
mojego nastoletniego życia, kiedy ulegałam pokusie oglądania pornograficznych
filmów i zachowań, których teraz się wstydzę…

Wyraziłam w sercu głęboki żal, ale
równocześnie poczułam potrzebę spowiedzi generalnej. Chciałam podczas
sakramentu pokuty wyznać te grzechy młodzieńczych lat, choć mam w pamięci
spowiedź jeszcze wtedy, gdy byłam nastolatką, która odcięła mnie i wyzwoliła od
tych złych zachowań…

Ale wracając do mojej pierwszej mszy o
uzdrowienie i uwolnienie… kolejne przeżycie to błogosławieństwo poprzez
nałożenie rąk Kapłana, które doświadczyło mnie spoczynkiem w Duchu Świętym.
Wiedziałam i słyszałam o takich przeżyciach, ale nigdy nie myślałam, że może
mnie dotknąć osobiście z taką siłą moc Ducha Św. Jednak przeżycie to było
bardzo szokujące, podczas zaśnięcia byłam roztrzęsiona. Kapłan poprosił mnie o
rozmowę po Mszy św. Zdziwiło mnie jego pytanie o próby okultyzmu, które były mi
zupełnie obce. Analizowałam to co się wydarzyło i cały czas po głowie chodziła
mi spowiedź generalna, by wyzwolić się z grzechów nastoletniej młodości. Do
takiej spowiedzi przystąpiłam, wielka radość wlała się w moje serce.

Teraz z radością uczestniczę w kolejnych
mszach i nabożeństwach o uzdrowienie i uwolnienie. Dar spoczynku w Duchu Św.
towarzyszy mi podczas błogosławieństw. Wielką łaską dla mnie jest udział w tych
comiesięcznych mszach i adoracjach, piękny śpiew scholi i dar dzielenia się
modlitwą przez Kapłanów pozwala skupić się na głębokiej modlitwie i otworzyć na
przyjście Jezusa do mojego serca. Podczas adoracji, gdy zamykam oczy często w
mojej wyobraźni widzę Jezusa, który przechadza się pomiędzy klęczącymi
wiernymi, bądź klękającego tuż obok mnie… i zawsze widzę go w
niebiesko-purpurowej szacie radosnego, a zarazem zatroskanego na twarzy jak
Ojciec, który troskliwym okiem patrzy na swoje dzieci.

Jeszcze raz dziękuję Bogu za
łaski i Dary Ducha Św. a Kapłanom za tak piękne świadectwo wiary!

Wybudzenie ze śpiączki

Mam na imię Kasia. Z Grzesiem poznaliśmy się 14 lat temu w Hiszpanii. 12 lat temu pobraliśmy się w tym kościele – w Świętym Wojciechu. Urodziła nam się córeczka. Życie było piękne, aż do dnia 17 listopada 2013 roku, kiedy to w skutek nagłego zatrzymania krążenia, Grzesiu zapadł w śpiączkę. Kieleccy lekarze nie dawali mu żadnych szans, mówili, że stan jest wegetatywny i nie rokuje. Modliłam się każdego dnia, w Kościołach odprawiane były Msze Święte w jego intencji, a ja zaczęłam uczęszczać na Msze z łaską uzdrowienia mając w sercu jedną intencję – „Panie Jezu, nie zabieraj go nam”. Czułam, że mamy opiekę, że wiara i nadzieja jest w nas. 5 sierpnia 2014 roku, po 9 miesiącach śpiączki Grzesiu obudził się, zaczął mówić pojedyncze słowa. Dziś nadal przebywa w Toruniu, przechodzi rehabilitację i wierzymy całym sercem, że Jezus jest z nami.

Uzdrowienie z depresji

Moje życie
chyliło się ku końcowi, było przegrane, sięgnęłam dna: emocjonalnego,
psychicznego dna… czekałam na śmierć z utęsknieniem i z nadzieją, że wyzwoli
mnie z cierpień ziemskiego świata… miałam nawet przebłyski, że sama je sobie
odbiorę – i tylko przywoływane obrazy moich płaczących dzieci prowokowały mnie
do powstrzymywania się od tych pokus…

Nie chciałam
zostawiać rodziny w żałobie – ale nie chciałam też żyć! Liczyłam na to, że może
dojdzie do jakiegoś wypadku i razem przejdziemy na drugą stronę życia… to
było moje jedyne marzenie! Już nawet nie marzyłam o tym, że wyzdrowieję –
wydawało mi się to tak odległe, że aż niemożliwe – już dawno zapomniałam jak to
jest „cieszyć się” i „żyć”. Byłam pełna smutku, strachu i
katastroficznych wizji związanych z moją rodziną: mężem, dziećmi… Straciłam
energię, optymizm i chęć do robienia czegokolwiek… Byłam słaba – nie miałam
apetytu i mało jadłam. Wszelkie obowiązki domowe wykonywałam wybiórczo,
mechanicznie i z opóźnieniem – jak już nazbierało się tyle prania, że nie było
w czym chodzić to dopiero wtedy prałam… nie przeszkadzały mi natomiast kudły
na dywanie czy sterta ubrań do poskładania, nie miałam ochoty i siły żeby
odkurzyć dom, ugotować obiad, przypilnować lekcji… nie chciało mi się nawet
czytać książek czy oglądać telewizji… Niechętnie wychodziłam z domu, bałam
się prowadzić samochód… Życie wydawało mi się trudne, skomplikowane, nie do
ogarnięcia…

Najwięcej czasu
spędzałam w pozycji leżącej… mogłabym leżeć cały dzień i noc, a czas
przelatywał mi przez palce! To co dawało mi ukojenie to właśnie sen… Dzień
trwoniłam na wyczekiwaniu na wieczór… jak zbliżała się noc to czułam, że
powoli odchodzą mi natłoczone w głowie myśli, że mam szansę się zresetować i
nie myśleć o niczym. Ale bywały też noce, gdy nie mogłam zmrużyć oka i wówczas
kumulowały się we mnie „złe” myśli, wtedy cała trzęsłam się z przerażenia,
strachu i niemocy… a rano nie nadawałam się totalnie do niczego…

Moja rodzina
mogłaby się dawno rozpaść – gdyby nie pomoc i modlitwa moich najbliższych i
przyjaciół. Już minęły 4 lata z małymi przerwami kiedy to moja egzystencja
oznaczała jedynie „przebywanie” w domu, a nie była związana z jakimiś
kreatywnymi czynnościami, które budują relacje… Moi rodzice i mąż starali się
rozweselać mnie, puszczając jakieś pozytywne filmy, kabaretony, wesołą muzykę…
zabierali mnie na spacery, wycieczki itp. licząc, że uda im się chociaż na
jakiś czas zredukować we mnie ilość pesymistycznych myśli i zająć czymś
pożytecznym. Tata zaoferował mi pracę w swojej firmie, bo nie nadawałam się do
pracy w swoim zawodzie. Miał przeze mnie więcej zmartwień niż pożytku – bo
pracowałam maksymalnie 2 godziny dziennie po to, żeby później położyć się na
firmowej kanapie… – ale przynajmniej nie siedziałam sama w domu… Mąż
przejął znaczną część obowiązków związanych z robieniem zakupów, gotowaniem i
zajmowaniem się dziećmi w czasie kiedy ja byłam „niedysponowana”. Przy
córkach – w miarę możliwości – pomagały też obie mamy, tata i siostra… Na
pierwszy rzut oka funkcjonowaliśmy jak każda „zdrowa” rodzina… Jednak
tak nie było!!!

Depresja
to choroba, która wciąga, pochłania całą rodzinę, choć nie jest zaraźliwa – jak
ospa czy grypa… Dzieci nie pałają radością w otoczeniu mamy, która wciąż ma
minę na kwintę, płacze z byle powodu i leży całymi dniami w łóżku albo snuje
się po domu bezczynnie i bezsłownie. Widziałam niejednokrotnie jak ich radość
gaśnie w konfrontacji z moim nastrojem i zachowaniem. Pewnego razu moja starsza
córka zapytała mnie: „Mamo czy mogę napisać takie zdanie w zeszycie: Moja mama ciągle leży„… Poprosiłam ją,
by nie pisała tego zdania i rozpłakałam się… „Boże zabierz nas
do siebie!” – błagałam – „zanim będzie
jeszcze gorzej!”… nie wierzyłam,
że może być lepiej! Byłam bezsilna i miałam już tego dosyć… Nie pomagały mi
leki i pobyty w szpitalu… nie pomagał psychiatra i psycholog…

W listopadzie
2013 r. moja przyjaciółka Mariola namówiła mnie bym wybrała się na mszę
uzdrawiającą do parafii św. Wojciecha w Kielcach… Zmusiłam się do tego by
znaleźć się na tej mszy – bo już byłam na podobnych w innych parafiach i nie
doświadczyłam żadnej zmiany, wręcz miałam złe wspomnienia… Na listopadowej
mszy byłam bardzo słaba, myślałam, że nie dam rady wystać do końca a potem
wyklęczeć… jednak udało się, a czas zleciał błyskawicznie… jak spojrzałam
na zegarek – to ze zdziwieniem stwierdziłam, że minęło w sumie ponad trzy
godziny. Myślę, że czas tak tam szybko płynie dzięki księżom prowadzącym, ale
przede wszystkim dzięki świetnemu zespołowi muzycznemu, który umila całą mszę
pięknymi, wyszukanymi pieśniami… Pamiętam, że po tej mszy pojawiła się u mnie
chęć śpiewania pieśni religijnych i ogromna nadzieja na uzdrowienie…

W piątek 13
grudnia byłam na kolejnej mszy uzdrawiającej w Św. Wojciechu… i to był dla
mnie dzień przełomowy, dzień w którym moja wiara kipiała, a serce zaczęło
mocniej bić i radować się poprzez śpiew i modlitwę. Punkt kulminacyjny tej mszy
pojawił się w momencie, gdy ksiądz przechodził obok mnie z Monstrancją…
poczułam wtedy niesamowite ciepło przy obu uszach i nieprawdopodobną moc –
miałam wrażenie, że sam Jezus Chrystus dotyka mojego umysłu i oczyszcza go z
wszystkiego co przypałętało się tam niepotrzebnego. Poczułam wszechogarniającą
radość… to był najprawdziwszy cud. Chciało mi się tańczyć i skakać… Gdy
wróciłam do domu, który dotychczas był głównie moją noclegownią… spojrzałam
na łóżko w sypialni i zaraz cofnęłam się zamykając za sobą drzwi. Łóżko nie
przyciągało mnie już do siebie, wręcz przeciwnie, zaczęło mnie odpychać.
Wyściskałam dzieci, jakbym wróciła z dalekiej podróży i przeczytałam im
książeczkę na dobranoc. Rano obudziłam się jak nowo narodzona… Poinformowałam
moją rodzinę, że zostałam uzdrowiona i zaczęłam tworzyć listę zaległych rzeczy,
które czekały już zbyt długo na realizację. Poszłam do pracy i po raz pierwszy
pracowałam 4-5 godzin bez przerw. Bez problemu – co ciekawe – siadłam także za
kierownicą i odebrałam dzieci ze szkoły i przedszkola… Zabrałam się też za
porządki domowe… Nareszcie poczułam, że żyję, że jestem potrzebna! Nareszcie
przypomniałam sobie – co to szczęście!

Minęło kilka
tygodni i moje życie nabrało tempa i kolorów. Przestałam brać leki
antydepresyjne. Zaczęłam szukać pracy i reaktywować się na płaszczyźnie
osobistej i zawodowej. Nadal pracuję u taty w firmie, ale rozglądam się też za
inną pracą… W domu coraz częściej jestem aktywna i robię wiele rzeczy z
radością, a nie z przymusem… Nie pozbyłam się problemów, ale zaczęłam na nie
patrzeć jak na wyzwanie, a nie udrękę… Problemy są do rozwiązania i zwykle
przynoszą coś dobrego w następstwie zdarzeń, są potrzebne w jakimś konkretnym
celu, chociażby w takim, żeby cieszyć się później z tego wszystkiego co nas
spotyka, z drobnych rzeczy…. Zauważyłam, że moje dzieci rzadziej chorują i
coraz częściej się uśmiechają, ich życie także się zmieniło! – tak wielka jest
moc pozytywnego myślenia, tak wielka jest moc miłości, wiary i modlitwy…

Byłam jak motyl,
który z wielkim trudem przeciska się przez ciasny kokon by wreszcie otworzyć
swe skrzydła i polecieć… Gdyby ktoś przeciął ów kokon i oszczędził motylowi
cierpienia – byłby on wątły, słaby i nie potrafiłby latać… Często walka,
wysiłek i cierpienie to to czego nam w życiu potrzeba… Życie bez przeszkód i
wyzwań może uczynić z nas słabeuszy. Potrzebowałam bólu i słabości by odkryć to
co w życiu najpiękniejsze. Pokonanie przeżytego cierpienia dodało mi pewności
siebie, siły, odwagi i wiary. Dziękuję Ci Boże
za te wszystkie lata depresji. Ta choroba – wbrew
pozorom – nauczyła mnie wiele dobrego, ale przede wszystkim poprawiła moje
relacje z rodzicami i najbliższą rodziną. Dziś jesteśmy dla siebie bardziej
życzliwi, otwarci i silniej ze sobą związani… pomagamy sobie wzajemnie bez
szukania wymówek… staramy się nie oceniać i postępować jak prawdziwa,
kochająca się rodzina… Czasami żeby dostrzec zwyczajne szczęście dnia
codziennego trzeba je stracić!

Dziękuję
Ci Boże, że nie wysłuchałeś mojej prośby i nie zabrałeś mnie przedwcześnie do
siebie! Ty wiesz najlepiej kiedy przyjdzie na mnie pora… Teraz wiem, że
jestem jeszcze potrzebna całej mojej rodzinie, mam jeszcze wiele rzeczy do
zrobienia! Boże daj mi tu zostać jak najdłużej…

Dziękuję parafii
Św. Wojciecha w Kielcach za piękną inicjatywę i możliwość uczestnictwa w mszach
uzdrawiających… Dziękuję Ci Boże za Twoją miłość i mądrość… Dziękuję Ci
Jezu Chryste, że mogłam doświadczyć Twojej obecności!

Karolina R.

Zaufanie Panu Bogu w trudnościach

We wrześniu kiedy wróciłem z kolonii
Caritas oraz z wycieczki obozu harcerskiego do Włoch i Watykanu byłem zadłużony
na kilka tysięcy złotych. W tym czasie naderwałem mięśnie łydki. Sytuacja ta
bardzo mnie przytłoczyła, ponieważ kontuzja uniemożliwiała mi podjęcie pracy.
Byłem w tym wszystkim zagubiony i zacząłem tracić wiarę…

Wtedy trafiłem na grupę modlitewną „W
Pieczy Najwyższego” w parafii Św. Józefa, która wysłuchała mnie, pomodliła się
i wysłała sms-y o pracę dla mnie. Spotkałem się również na modlitwie
indywidualnej z Księdzem Jarosławem, który prowadzi msze święte z modlitwą o
uzdrowienie i uwolnienie w parafii Św. Wojciecha w Kielcach i który modlił się
nade mną. Po tej modlitwie zaufałem Panu Bogu!

Już w listopadzie odważyłem się zapisać
na siłownię. Obecnie mam tyle pracy i tak dobre zarobki, że nie wiem kiedy
miałem tyle zajęć i oszczędności. Udało mi się zrobić kominek w domu, który
działa po 25-ciu latach braku ognia, a w domu w końcu jest ciepło. Poza tym
zapłaciłem czynsz za dom na 6 miesięcy i mam pieniądze na spędzenie ferii
zimowych w Tatrach. Zostało mi jeszcze kilka tysięcy złotych na publikację
książki arcybiskupa Sheena „Odnowa i pojednanie”.

Chwała Panu!

Ufam Bogu i wracam do ciężkiej pracy w
szkole jako katecheta.

Jan K.

Uwolnienie od bałwochwalczej miłości do drugiego człowieka

Pragnę podzielić się z wami swoim
doświadczeniem tego jak dotknął mnie Bóg Ojciec, jak otworzył moje oczy,
uwolnił mnie i przemienił  moje życie. Skupię się tylko na jednym z
wielu aspektów z jakich Pan mnie uwolnił, a mianowicie na bałwochwalstwie i na
grzechowi przeciwko pierwszemu przykazaniu. Jest to grzech tak rzadko przez nas
uświadamiany i grzech z którego większość z nas się nie spowiada, a wielu z nas
go popełnia.

Ten grzech w moim życiu był niepozorny,
bo objawiał się jako zakochanie w drugim człowieku, ukrywał się pod pozorem
miłości, a wcale nie była to miłość tylko zniewolenie. Tak działa właśnie
szatan – jest podstępny i ukrywa się, aby go nie zdemaskować i nie pozbyć się
go.

Być może zastanawiacie się co złego może
być w zakochaniu. Zakochanie może być złe jeśli będziemy kochać bardziej
człowieka niż Boga, kiedy będziemy stawiać człowieka na pierwszym miejscu a nie
Boga. Tak było właśnie ze mną. Zakochałam się tak w moim chłopaku, że wszystko
inne przestało się liczyć, on był dla mnie najważniejszy i dla niego byłam w
stanie zrobić wszystko. Najgorsze było to, że miłość do człowieka zepchnęła
Boga na dalszy plan, a ja tego w ogóle nie widziałam, wydawało mi się, że
wszystko jest ok.  Szatan stwarzał w moim życiu uczucie pozornego
szczęścia. Wydawało mi się, że mam wszystko, że jestem szczęśliwa jak nigdy
dotąd. A tak naprawdę było to tylko złudzenie. Byłam tak zaślepiona miłością do
człowieka, że nie widziałam tego, że stał się on moim bożkiem. Nie byłam
świadoma tego jak ciężki grzech popełniam, że grzeszyłam przeciwko pierwszemu
przykazaniu, a nigdy się z tego nie spowiadałam.

Pan Bóg okazał się jednak tak wspaniały,
wielki i dobry, że ponad rok temu przyprowadził mnie na drugą mszę o
uzdrowienie, jakie odbywały się w parafii Św. Wojciecha. Od tamtej pory Pan
dotykał mnie na każdej mszy o uzdrowienie, na które zaczęłam chodzić co
miesiąc. Dzięki rozmowie z Ks. Pawłem i Ks. Piotrem, którzy posługują modlitwą
o uzdrowienie i uwolnienie w diecezji kieleckiej zdecydowałam się wyspowiadać z
całego życia. Spowiedź generalną odbyłam u Księdza Jarosława, który prowadzi msze
święte z modlitwą o uzdrowienie w parafii Św. Wojciecha w Kielcach. Spowiedź ta
była momentem przełomowym w moim życiu, była szczególnym otwarciem drzwi
Chrystusowi do mojego serca oraz oddaniem Mu moich grzechów, moich słabości,
moich ran oraz żalu jaki nagromadził się w moim sercu przez trudne
doświadczenia życiowe. Od tej pory coraz bardziej zapraszałam Jezusa do mojego
życia i oddawałam się w Jego ręce, oddawałam Mu swoje życie i prosiłam Boga,
aby On mnie przemieniał i uczynił ze mną co zechce, aby mnie uwolnił od tego
wszystkiego co jest złe w moim życiu i co oddala mnie od Niego.

To wymagało konkretnej decyzji ode mnie
i podjęcia konkretnych czynów. Pamiętajcie o tym, że Pan Bóg dał nam wolną wolę
i aby mógł nas uzdrowić i uwolnić musimy tego przede wszystkim chcieć, musimy
chcieć zerwać z grzechem, chcieć zerwać ze złem, bo prawdziwe uzdrowienie i
uwolnienie przyjdzie wtedy kiedy Pan uzdrowi najpierw naszą duszę i nasze
serce, ale ty musisz chcieć zerwać z grzechem, ty musisz chcieć zerwać ze złem
jakie jest w twoim życiu. Pan Bóg cię kocha i szanuje twoją wolną wolę, twoje
wybory i do niczego cię nie zmusza. Ale kiedy oddasz Mu swoje życie i twoim
największym pragnieniem stanie się wypełnianie Woli Ojca doświadczysz tego jak
On cię prowadzi i przemienia ciebie, twoje życie i twoją trudną sytuację, która
być może wydawała ci się bez wyjścia.

Kiedy modliłam się na kolejnej mszy
świętej z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie w parafii Św Wojciecha
powiedziałam podczas adoracji do Jezusa takie słowa: „Jezu Ty wiesz co we mnie
jest złego, Ty znasz mnie lepiej niż ja znam samą siebie, Ty wiesz co jeszcze w
moim sercu potrzebuje uzdrowienia. Proszę Cię zabierz mój grzech, zabierz
wszelkie zło, które jest w moim życiu. Ja sama sobie z tym nie poradzę, ale wiem,
że Ty wszystko możesz, że dla Ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Ja jestem
słaba i grzeszna, ale Ty jesteś wielki! Ratuj mnie!”.

Po tej mszy czułam, że wydarzyło się coś
w moim sercu. Poczułam jak Pan Bóg uwolnił mnie od bałwochwalczej miłości do
mojego byłego chłopaka, z którym już się rozstałam, ale nie potrafiłam przestać
go kochać. Czułam jakby ktoś odciął jakiś węzeł, który mnie z nim związywał.
Każdy kto był zakochany dobrze wie o tym, że nikt z dnia na dzień się nie
„odkochuje” i że każde rozstanie z osobą, którą się kocha bardzo boli. A ja tak
po prostu w jednej chwili poczułam obojętność do chłopaka, którego kochałam i
jeśli chodzi o uczucia to już nic do niego nie czułam. Poczułam niesamowitą
wolność i radość, jakby ktoś zdjął ze mnie jakiś ciężar.
Jezus  wszystko może i to On uwolnił mnie w jednym momencie od
bałwochwalczej miłości do człowieka.

Później  spotkałam się jeszcze
z Ks. Jarosławem na modlitwie indywidualnej i kiedy modliliśmy się razem Ks
Jarosław powiedział, że podczas modlitwy zobaczył pewien obraz. Obraz ten
przedstawiał młodego mężczyznę, który był w czarnej, powłóczystej szacie, on
cały był jakby w czarnych pióropuszach, a jego kości pozłacane. Szkielet
mężczyzny rozsypał się i znikł. Po kilku dniach Pan Bóg pomógł mi dokładnie
zrozumieć co oznaczał ten obraz. Był to mój były chłopak, jego szkielet
rozsypał się, bo on zniknął z mojego życia, jego kości były pozłacane a on cały
w czarnych pióropuszach, bo ja uczyniłam sobie z niego bożka. To co Pan Bóg
pozwolił mi zrozumieć i pojąć było dla mnie niesamowitym zaskoczeniem i dopiero
wtedy otworzyły mi się oczy. Zrozumiałam jak bardzo obrażałam Boga stawiając
człowieka i miłość do niego na pierwszym miejscu, zrozumiałam jak ciężki grzech
popełniałam i jak szatan poprzez zakochanie zniewolił mnie i „zaślepił”.

Dziś dziękuję Bogu, że jest tak
troskliwym i kochającym Ojcem, który wyciąga rękę do każdego człowieka i
próbuje każdego wyciągnąć z grzechu, ze zniewolenia. Szatan będzie robił
wszystko, żebyś nie poznał prawdy i nie uświadomił sobie grzechów, które
popełniasz, ale Bóg jest o wiele mocniejszy od szatana i zawsze wychodzi w
poszukiwaniu zabłąkanych owieczek, odnajduje je i obdarza Swoją Miłością.

Dziękuję Bogu, że dał mi poznać prawdę o
sobie samej, bo ta prawda mnie wyzwoliła. Ale żeby poznać prawdę trzeba jej
szukać i do tego was gorąco zachęcam! Stawajcie w szczerości przed Panem Bogiem
i szukajcie prawdy o sobie samych a Dobry Ojciec będzie wam pokazywał co was
zniewala, co jeszcze was od Niego oddziela i co jest grzechem, który
popełniacie, a którego sobie nie uświadamiacie!

We współczesnym świecie dla wielu z nas
ważniejszy od Boga jest drugi człowiek, ważniejsze od Boga są pieniądze,
rodzina, praca, kariera… Szukamy szczęścia w rzeczach tego świata, we wszystkim
tylko nie w Bogu. W ten sposób nigdy nie znajdziemy szczęścia, bo prawdziwe
szczęście daje TYLKO BÓG!!! Człowiek może być naprawdę szczęśliwy dopiero wtedy
kiedy Bóg w jego życiu będzie na pierwszym miejscu. Bóg na pierwszym miejscu
nie powinien być tylko w życiu papieża, biskupów, księży, zakonników i
zakonnic, ale w życiu każdego z nas! Piszę tak, ponieważ tego doświadczyłam i
jestem najszczęśliwszą osobą pod słońcem, bo odnalazłam swoje szczęście w Bogu!

Chwała Panu za wszystko czego
dokonał w moim życiu!

Uwolnienie od nadużywania alkoholu, narkotyków oraz od prób samobójczych

Jaka byłam? Jaka jestem? Czy to chwila
czyni człowieka? Zaczynam wątpić w rozum ludzki. Rozum bez uczuć jest nic nie
wart. Gdy z ciekawością dziecka odbierałam świat sercem, widziałam dobro,
chłonęłam piękno przyrody, karmiłam się ufnością w drugiego człowieka. To nie
znaczy, że nie widziałam zła. Owszem… Niejednokrotnie sama byłam jego
sprawczynią, ale żywe sumienie nie pozwalało przejść z nim do porządku
dziennego.

I co się stało?

Tak wygórowane ideały, a tak szybko się
w popiół obróciły….

Gdy miałam 15 lat: – serce mówi: „to
jest złe” – rozum na to: „to jest twoje życie, co szkodzi spróbować, niech nikt
nie narzuca ci swojej woli”. I spróbowałam…

Wciągnęłam się bardzo szybko. Od
początku piłam, żeby się upić.. Mało.. Na zlocie hippisów zaczęłam palić i
ćpać. II klasa liceum – bardzo szybkie staczanie się. Narkotyki, proste wina w
parku, poszukiwanie jakiś chorych ideologii, zabawa w okultyzm, imprezy na
cmentarzu…

Sumienie zagłuszane używkami, głupim
tłumaczeniem, że inni też… Moim bogiem stał się Jimi Morrison. Chciałam tak jak
on zaćpać się w wieku 27 lat. Ale sumienie nie chciało umrzeć i czasem jego
krzyk był nie do zniesienia. Zaczęłam się bardzo bać, zatraciłam sens, zaczęłam
gardzić sobą. Czułam w sercu przeogromną potrzebę Boga, ale zatraciłam wiarę w
jego nieograniczone miłosierdzie… Zaczęłam czerpać dziką satysfakcję z
samookaleczenia się. Im bardziej czułam się wyniszczona, tym większa była
radość, że to niedługo się skończy.

Ale to trwało!!!

Wielki Piątek – pijana… Wielka Sobota –
pijana… Niedziela Wielkanocna – pierwsza próba samobójstwa – odratowali… Po
wyjściu ze szpitala już nic nie czułam. Mama na siłę wysłała mnie do Medjugore.
Wróciłam z nadzieją i nową siłą, ale nie zrobiłam nic, by to pielęgnować, tylko
chwila po chwili, dzień po dniu dałam to sobie odebrać. Niedługo potem obóz
Salezjański, ale tam nawet nie próbowałam otworzyć swojego serca i umysłu na
Boga. Zbyt zajęta byłam kombinowaniem, co zrobić, by wypić i aby mnie nie
złapano. III klasa liceum – kolejna próba samobójstwa – ale życie uparło się na
mnie. Podjęłam terapię od narkotyków – jednak szybko zrezygnowałam, gdyż
poczułam się od nich „wolna” – leki psychotropowe z alkoholem dawały podobny
efekt, a były łatwiej dostępne.

Cudem skończyłam liceum i dostałam się
na studia.  Nauczyłam się funkcjonować pod wpływem alkoholu i
sprawiać wrażenie normalności. Zerwałam kontakty z osobami, które nie wyznawały
mojej ideologii „dobrej zabawy”.

W trakcie tego kilkuletniego ciągu
wyszłam za mąż, urodziłam dziecko… i nadal piłam. Pijaństwo, przemoc, strach,
nienawiść, rozpacz i przeogromna pustka – to wszystko co wypełniało moje życie.

W Wigilię rodziny łamią się opłatkiem,
składają sobie życzenia, jest to czas miłości i pokoju – a ja z małym dzieckiem
w wózku tułałam się po pustych, ciemnych ulicach, nie widząc sensu, nie czując,
szukając okruchów Nadziei… Już nawet nie miałam siły dłużej manipulować i
uciekać. Zgłosiłam się na terapię, po której 11 miesięcy byłam trzeźwa.
Rzuciłam się w wir pracy, ale nie uczyniłam nic, by odbudować więź z Bogiem. Po
tym czasie coś szepnęło: „dziś możesz się napić – kilka piw nie zaszkodzi…” –
zaszkodziło!!! Piłam tydzień. Skończyło się detoksem w Morawicy. Gdy doszłam do
siebie – kolejny ciąg, który trwał 3 miesiące. Znajomi z AA zabrali mnie do
Lichenia, potem pielgrzymka. W kościele nie czułam nic, nie potrafiłam się
modlić, ale zmuszałam się, bo bardzo bałam się kolejnego upadku. Zrobiłam
pierwszy krok, a reszta już nie zależała ode mnie… Po miesiącu przymuszania się
do codziennego uczestnictwa we Mszy Świętej coś się stało niezwykłego. Bóg mnie
odnalazł. Spłynęła na mnie łaska miłości i przebaczenia. Spotkałam Boga żywego
i to odmieniło moje życie i życie moich bliskich. Odtąd codzienna Eucharystia,
Komunia Święta, częsta spowiedź, modlitwa do Ducha Świętego, systematyczne
uczestnictwo w Mszach Świętych z modlitwą o uzdrowienie pozwalają mi trwać w
trzeźwości już kilka lat. Wiem, że zło jest przebiegłe i tylko czai się jak
„lew ryczący”, by znów mnie wciągnąć w swą otchłań. Ale teraz trzymam Boga
mocno za rękę. I choć nieraz zdarzają się trudne chwile i ogarniają mnie
wątpliwości to wiem, że Bóg jest. Teraz czuję to miłosierdzie i ufność Jemu.
Czuję, że każdy dzień mojej trzeźwości jest darem i za ten dar mojego życia –
życia z Bogiem i w Bogu – DZIĘKUJĘ !!!

I Mateńce Najłaskawszej za to
spojrzenie, za to, że kocha mnie, mimo że tyle razy swymi grzechami krzyżowałam
Jej Syna. Za Jej opiekę i Matczyną troskę. Za to, że czuwa nad moją córeczką.
Pamiętam jak nosząc ją w swoim łonie, a czując jedynie bezkresną rozpacz, przez
łzy błagałam:

„Mateńko, bądź Matką mojego dziecka.
Tobie ją ofiaruję. Zabierz mnie, a jej daj zdrowie…

Bo ja nie mam siły… Bo ja nie widzę
celu… Bo się zagubiłam… A to niewinne dziecko już dość się nacierpiało. Bądź
jej Matką Cudowna Pani, bo ja nie potrafię wyrwać się z objęć grzechu…”

Ale to było! Bóg jest nieskończenie
miłosierny i daje mi kolejną szansę, by być człowiekiem.

Bóg nadaje nowe imię – tak i ja chcę przyjąć
nowe imię – „NADZIEJA”

NADZIEJA na dobre dziś…

NADZIEJA na dobre jutro…

NADZIEJA, która tworzy…

NADZIEJA niosąca dobro…

NADZIEJA miłująca prawdę…

NADZIEJA źródło wzrastania…

NADZIEJA siła do działania…

NADZIEJA  wyciągniętej dłoni…

NADZIEJA otwartego serca…

NADZIEJA świętości…

NADZIEJA pokoju…

NADZIEJA godności ludzkiej…

NADZIEJA wiary i miłości…

NADZIEJA poznania Boga…

NADZIEJA zawierzenia Stwórcy…

NADZIEJA trzeźwości!

Jan Paweł II powiedział do młodzieży:

„Wszyscy jesteśmy zdolni do wielkich
rzeczy, jeśli nie pozwolimy, by pokonał nas strach przed własną słabością”

Boże użycz mi Pogody Ducha,

abym godziła się z tym czego nie mogę
zmienić,

odwagi, abym zmieniała to co mogę
zmienić

i mądrości, abym odróżniała jedno od
drugiego.

Proszę o modlitwę, błagam o wybaczenie

i dziękuję za wszystkie łaski, które
otrzymałam, a których nie jestem godna…
„Nadzieja”

Cud życia

Szczęść Boże,

Duchu Święty prowadź, aby
świadectwo to było na Chwalę Bożą.

Po raz pierwszy na Mszy Świętej o
uzdrowienie i uwolnienie byłam 18 października 2013 r. – dokładnie pamiętam tą
datę, bo w tym dniu miała operację moja mama. To była trudna operacja mózgu  
i przebiegła pomyślnie. Na Mszy Świętej była we mnie ogromna radość i całą sobą
uwielbiałam Boga. Potem nie opuszczałam Mszy i byłam co miesiąc, by na nowo
napełniać się Bożą radością i siłą do życia  
w tej radości mimo przeciwności dnia codziennego, a ich nigdy nie brakuje.
Nadszedł jednak czas kiedy choroba mamy odezwała się na dobre i byłam potrzebna
jej  w domu. Wtedy też miałam długą
przerwę w uczestnictwie we Mszy, by powrócić na nią w listopadzie 2015 r. i
doświadczyć cudu.

Zacznę od początku – jakieś 3 tygodnie
przez Msza Święta okazało się, że jestem w ciąży. Dotychczas błam trzy razy w ciąży
i mam dwójkę wspaniałych dzieci tu na ziemi i jedną małą kruszynkę, która się
nie narodziła – w niebie. Każda poprzednia ciąża to ogromna radość. Tym razem
jednak było inaczej.
W moim sercu zagościł lęk i przerażenie. W głowie kotłowały się dziesiątki
myśli –  jak my sobie damy radę,  przecież nie jestem już młoda, czy starczy nam
sil i zdrowia, czy podołamy finansowo.  Lęk był tak ogromny, że nie mogłam spać i jeść,
a zły wciąż podsuwał kolejne argumenty, które pogrążały mnie
w obawach.  Żadne słowa pocieszenia męża
i przyjaciół nie uspokajały mnie.  Po
tygodniu zaczęły się komplikacje.  Poszłam
więc do lekarza, który stwierdził ciążę, ale za wiele nie mógł o niej
powiedzieć- raczej tyle, że wygląda to dziwnie. Pomyślałam,  że przebieg ciąży, diagnozy i komplikacje są
tak podobne do mojej pierwszej ciąży, że raczej nie uda się jej utrzymać.

Mimo leków znowu zaczęło się
pogarszać – bóle brzucha i inne dolegliwości. Na dzień przed Mszą Św. była  kolejna wizyta  u innego lekarza. Był to już koniec 6
tygodnia. Na obrazie USG było widoczny maleńki zarodek- jego wielkość
potwierdzała wiek ciąży, a nawet wskazywała, że była nieco większa. Niestety
serduszka dzieciątka jeszcze nie biło, a powinno. Lekarz raczej nie dawał
szans, nie wyznaczył kolejnej wizyty za miesiąc, co jest typowe w ciąży, a
jedynie zlecił kontrolne USG w szpitalu za 5 dni.

Następnego dnia (piątek) czułam
się bardzo źle. Nawet mąż  stwierdził, że
może nie powinnam iść na Mszę jeśli tak kiepsko się czuję. Pomyślałam jednak ,
że tym bardziej powinnam. Bardzo potrzebowałam modlitwy o uzdrowienie fizyczne
i duchowe. Zebrałam w sobie siły i poszłam.

Temat przewodni był o odnowieniu serca w kontekście
sakramentu pokuty i pojednania . Co rusz padały słowa o sercu, pieśni  ze słowami  „niech na nowo zabije we mnie serce…” . Ja
myślałam tylko o małym serduszku mojego dziecka. Łzy ciekły po policzkach. Na
koniec indywidualna modlitwa wstawiennicza. Ten kto był na Mszy w tym dniu wie,
że wiele się działo, o czym też pisał Ksiądz Marcin Boroń w swoim świadectwie.

Podeszłam na modlitwę do księdza Pawła. Wyznałam mu,  że jestem we wczesnej ciąży,  zagrożonej,
 a serce dziecka nie bije. Modlił się
nade mną – w połowie modlitwy,  jakby się
ucieszył, radość było słychać w głosie , a kiedy zakończył  pobłogosławił  mnie  i powiedział
słowa, które ciągle brzmią w moich uszach – „jest za co dziękować „. Wtedy wiedziałam już, że podczas tej
modlitwy serce dzieciątka zabiło. Odeszłam na bok i długo szlochałam jak małe
dziecko dziękując Bogu.

Wróciłam do domu z sercem
przepełnionym pokojem i radością. Na drugi dzień czułam się zupełnie  inaczej – bóle brzucha ustąpiły, a pokój w
sercu był tak wielki i tak Boży, że niepojęty dla umysłu.  We wtorek kontrolne USG w szpitalu
potwierdziło, że serduszko bije.

Proszę wszystkich o modlitwę, aby
ciąża do końca przebiegła pomyślenie,  za
dzieciątko, aby urodziło się zdrowe,  za
mnie i całą moją rodzinę, za którą z całego serca dziękuję Bogu.

Chwała Panu.